Pora na kilka słów o naszym przecudownym samochodzie. Warto też zastanowić się nad bilansem części samochodowej naszej podróży.
Kto jakimś cudem nie wie, w maju kupiliśmy samochód. W sumie od zawsze, tj. od czasu gdy już wiedzieliśmy, że chcemy pojechać w głąb Australii, myśleliśmy raczej o wynajmie samochodu – campera. Kalkulowaliśmy, że potrzebujemy samochodu na ok 45-50 dni. Kilka miesięcy przed wyjazdem, kumpel podsunął nam pomysł zakupu auta przejechania nim przez Australię i sprzedaży, niewiele taniej. Zaczęliśmy kalkulować i co nam wyszło…
Wypożyczenie najtańszego, kiepskiego campera na 45 dni to koszt rzędu ok $3,500 plus $3000 bondu (kaucji zwracanej jeżeli z samochodem nic się nie stanie, co się stanie to sobie potrącą. A umówmy się szczerze – w takiej trasie MUSI coś się stać) lub $500 ubezpieczenia i odpowiedzialność do $200-500 za szkody na samochodzie. Do tego różne dodatkowe opłaty, co daje nam sumę ok. 4000-5000 dolarów australijskich. Wraz z umową, w której w określonym dniu, określonym miejscu i określonym stanie musisz zwrócić samochód, co może wprowadzać atmosferę delikatnej nerwówki w podróży. No i sam camper jest już lekko zgrzybiały i nadszarpnięty zębem czasu, nie stanowiąc zbyt wielkiej wartości w podróży poza miejscem do spania w środku.
Z drugiej strony, kupno używanego campera to koszt rzędu $3000-$6000. Plus opłaty związane z ubezpieczeniem i rejestracją ok $500. Wybierasz przy tym to co ci najbardziej odpowiada, możesz wybierać i przebierać, jest się niesamowicie elastycznym bo jeździsz SWOIM autem, nie musisz się martwić o wszelkiego rodzaju wypadki/usterki po drodze gdyż w najgorszym przypadku po prostu zostawisz auto przy drodze i na stopa do najbliższego lotniska. Do tego samochód można było kupić sporo wcześniej i używać go jeszcze będąc w Sydney. Po ewentualnym szczęśliwym zakończeniu podróży w Perth mogliśmy go sprzedać i kto wie czy nie wyjść na tym w miarę na zero!
Decyzja była prosta – kupujemy!
Maj 2010 spędziliśmy na przeglądaniu ofert na Gumtree i m.w. wyrobieniu sobie wiedzy z zakresu kupna, rejestracji i użytkowania samochodu w Australii. Sporo tego wszystkiego było do przyswojenia, ale jakoś tam się w miarę z tym uporaliśmy, znaleźliśmy, świetnego, zgrabnego, wypełnionego szmerami-bajerami Holdena i dobiliśmy targu z Claudem Hay’em z Katoomby, Blue Mountains.
Ostatecznie daliśmy $4,800.
Holden Combo 1.4, rocznik 1996.
Mało palił jak na campera (8-10l/100km) no i w środku był zrobiony wręcz genialnie.
Rozkładane łóżko, wbudowana kuchenka gazowa i zlew ze zbiornikiem na wodę. Masa zamykanych szafek, półek i szuflad. Lodówka i pełne oświetlenie na drugim akumlatorze. Wszystko uzupełnione rewelacyjnym system głośników z przodu i z tyłu podłączanych do każdego odtwarzacza mp3. Rewelacja!
Zakupu dokonaliśmy pod koniec maja więc mieliśmy możliwość korzystania z samochodu jeszcze przez dwa miesiące przed wyjazdem.
Odbyliśmy kilka rundek po mieście. Jedną na imprezę (nie ma to jak pojechać na imprezę autem, zaparkować przy ulicy, po końcu przespać się w środku w łóżku i po pobudce koło południa wrócić do domu
). Zrobiliśmy sobie wycieczki na Palm Beach na północ od Sydney i do Canberry na weekend.
W drodze powrotnej auto prawie się zagotowało. Silnik zaczął chodzić niezwykle głośno. Okazało się, że prawie nie ma oleju. Wlaliśmy na stacji litrową butelkę i pojechał dalej. Do samego Sydney jechał już bez problemów, ale pojawiła się nerwówka związana z tym czy aby to auto się nadaje do trasy przez cały kontynent
W następnej wolnej chwili postanowiliśmy się udać do mechanika na gruntowny “check” i może przy okazji wyrobienie pink slipa (tzw. poświadczenia o przejściu inspekcji i dopuszczeniu samochodu do jazdy po drogach Australii na następny rok – niezbędny przy odnawianiu rejestracji). Co prawda mięliśmy jeszcze prawie pół roku ważnego, ale czemu nie, ostrożności nigdy za wiele. Zresztą Ania stwierdziła, że bez nowego pink slipa ona do tego samochodu nie wsiądzie
No to pojechaliśmy. Okazało się, że silnik mamy dość nieszczelny
Uszczelka na klawiaturze była podziurawiona w sito, a jak się później okazało była również niewielka dziurka pod głowicą. Klawiatura wraz z generalnym serwisem całego silnika, wymianą oleju i filtrów oraz sprawdzeniem całego samochodu kosztowała nas $400… Gula nam skoczyła ostra gdy zobaczyliśmy wyliczenia dwóch mechaników Ruska i Polaka, trochę stargowaliśmy i pożegnaliśmy się w bardzo napiętej atmosferze… Uszczelki pod głowicą nie robiliśmy bo tutaj koszty sięgały już granicy absurdu – $1000. Szparkę gdzie ulatniał nam się olej zakleiliśmy silikonem
W sumie pink slipa nie wyrobiliśmy, gdyż trzeba było jeszcze wymienić co najmniej przednie opony a na kontakty z tymi panami nie mieliśmy już siły.
Kilkanaście dni później po dojściu do wniosku, że jednak trzeba samochód doprowadzić do porządku przed wyjazdem na 2 miesiące, pojechałem w inne miejsce na inspekcję pink slipa. Rezultat? Opony przednie do wymiany, hamulce do wymiany, lusterko do wymiany (było stłuczone), podświetlenie tablicy rejestractjnej i światełko cofania do zrobienia. Coś tam chyba jeszcze ale nie pamiętam już. Ostateczny koszt – dodatkowe $600. Uff. $1000 dołożyliśmy do interesu ale przynajmniej auto jest w rewelacyjnym stanie (poza tym silikonem) i gotowe do drogi. Aha, gościu znalazł jeszcze przy okazji wyciek płynu hamulcowego. Zupełnie nie groźny, ale jednak. Cholernie drogi do naprawy, więc poradził by co jakiś czas kontrolować poziom i gdy spada poniżej połowy dolewać do maksa
(w sumie dolewałem 2 razy przez całą trasę). Jedziemy!
Jak się spisywał w trakcie trasy?
1. (Broken Hill) Odpadła tablica rejestracyjna z tyłu. Dzięki uprzejmości pani, która nas zatrzymała i zwróciła uwagę, odnaleźliśmy ją i przykręciliśmy na swoje miejsce
2. (Broken Hill – Wentwoorth) Ekspoduje opona na prawym tylnim kole, podczas wyprzedzania (jakieś 140km/h), ostro nami zahwiało w jedną i drugą, odlatująca guma poobijała nam dość mocno karoserię.
3. (pod Adelajdą) Samochód stracił moc. Wjazd na górki 80km/h normą. Pod maską wydaje się wszystko ok. Po dłuższym przebadaniu okazało się, że silikon puszcza. Dokupienie silikonu i podklejenie + dolanie oleju do silnika wymieszanego z płynem neutralizującym wycieki załatwia sprawę. Jedziemy dalej wątpiąc, że uda nam się zrobić zakładaną trasę.
4. (Flinders Range) Prawie wpadamy na kangura, albo to on na nas
5. (Humpty Doo, między Darwin a Kakadu) Pada akumlator. Znajdujemy pierwszą osobę do odpalenia na kablach. Poszło. dojechaliśmy do sklepu obok i zapalić nie mogliśmy. Znaleźliśmy drugą dobrą duszę i odpalilliśmy. Pojechaliśmy do Kakadu i tam po zatrzymaniu się pod centrum turystycznym samochód już nie odpalił. Kolejne dobre dusze (tym razem stara Polska emingracja) pomagają nam odpalić i decydujemy się wracać do Humty Doo po nowy akumlator. Poszukiwanie w Humpty Doo okazuje się bezowocne (akumlatory są ale naszego modelu brak), przy każdym zatrzymaniu samochodu nie możemy wyłączyć silnika
. Jedziemy szukać dalej w stronę Darwin. Przed Darwin dorwaliśmy w końcu odpowiedni akumlator i po uiszczeniu $200 znów możemy gasić i zapalać silnik bez niczyjej pomocy!
6. (gdzieś w międzyczasie) Zaczyna świszczę i szczyrkać pod maską, jedziemy dalej
Samochód ochrzczony “Świstakiem”
7. (Ostatni dzień jazdy, Swan Valley 30km do Perth, wieczór). Jedziemy szukając noclegu, gdyż z naszym hostem w Perth umówiliśmy się dopiero na następny dzień. Jedziemy, jedziemy i jak tu nagle coś nie pierdyknie to ino roz
Ok, znowu złapaliśmy gumę. Wysiadamy sprawdzamy. Nic. Opony jak nówki. No to jedziemy dalej. Jednak huk i zgrzyt jaki zaczął wydostawać się spod tylniej prawej strony auta był niemożliwy. Coś się musiało stać. W międzyczasie zrobiło nam się ciemno, więc na poboczu przy pomocy latarki próbujemy coś znaleźć, ale pod samochodem podobnie jak i przy kole wszystko gra i nie widać najmniejszego powodu do zaniepokojenia. Jednak gdy ruszaliśmy, zgrzyt i pisk był nie do wytrzymania. Ciężko opisać ten odgłos, ale w całym swoim życiu nie słyszałem czegoś podobnego wydobywającego się z samochodu. No nic, trzeba jakoś dojechać do najbliższego kempingu i zobaczymy z rana. Jadąc 10km/h mieliśmy wrażenie, że to koniec naszego Świszczaka. Zgrzyt z tyłu sprawiał wrażenie jakby zaraz miało urwać się łożysko a my zostać bez koła! Totalnie przerażeni z ulgą powitaliśmy znak na kemping jakieś 800m dalej. Ufff, szczęście.
Wjeżdżając na pole zwróciliśmy na siebie uwagę wszystkich gości. Niektórzy tylko się patrzyli, inni podchodzili i pytali co się stało, czy nie potrzebujemy pomocy. Nikt jednak nie mógł nam powiedzieć co się stało Świszczakowi….
Nad ranem, kolejne badanie kół przyniosło wniosek o przetartej tylnej prawej oponie. Zaczynały nam już po mału druty wychodzić spod gumy. No tak to musiało być to, trochę może ten dźwięk był zbyt ostry, ale co innego jak nie to??? Zmiana opony, tym razem zupełnie samodzielnie. Po zakończeniu roboty, jazda próbna. Po przejechaniu metra zaczęło znowu skrzeczeń ohydnie. Boże…
Najbliższy mechanik pod Perth. No nic, jedziemy, może dojedziemy.
20-30km/h po drodze szybkiego ruchu, w sumie po poboczu. Czułem się jak ostatni kretyn. Szczególnie ciężko było skręcać, bo jak wrzucisz kierunkowskaz gdy jedziesz na awaryjnych? Ludzie w samochodach obok przyglądają się z zaciekawieniem co to jedzie, my czerwoni ze wstydu. Ludzie przy ulicach gapią się na nas…
Minęło parę godzin i dotarliśmy do pierwszego po drodze mechanika. Opowiedzieliśmy historię i prosimy by sprawdził. Jego wyrok przed sprawdzeniem – padły hamulce. Czy hamulce mogą aż tak skrzeczeć? Cholera wie, niech sprawdza. Wziął samochód na jazdę po okolicy by sprawdzić samemu o co chodzi. Przyjeżdża i mówi, że nic nie słyszy. Że, co proszę?!?! Od kilku godzin wleczemy się, cali wystraszeniu, że zaraz rozkraczymy się kompletnie przed samym Perth, a ten, że nic? Jadę z nim, by zobaczyć co się dzieje. Pojeździliśmy około 10 minut i rzeczywiście nic nie słychać. Auto chodzi jak nówka! Bożesz ty mój, cud prosto z nieba nam zesłany (jako, że hamulce miały kosztować $500, a my byliśmy coraz mniej pewni, że go sprzedamy, nie chcieliśmy pakować w niego już ani grosza). Ok skoro nie słychać to jedziemy do pierwszego komisu i sprzedajemy byle szybciej, byle szybciej bo znowu się zacznie.
W pierwszym miejscu skupującym używane samochody jakie znaleźliśmy gość był nieco zaskoczony samochodem, widać było że mu się podobał ale z uwagi na rejestrację z New South Wales, powiedział, że nie może dać więcej jak $1000… wow, no to szok. Liczyliśmy, że w najgorszym przypadku zbierzemy $2000. Powrót do rzeczywistości?
O co chodzi z rejestracją. Ano sprzedanie samochodu w innym stanie niż był kupiony graniczy z cudem. Ewentualnie można to zrobić, sprzedając go jakimś podróżnikom jak my, którzy wybierają się do New South Wales i tam będą go mogli ponownie zarejestrować po zakupie. Dlaczego nie mogliśmy tego zrobić.
Problem był taki, że nasza rejestracja upływała dokładnie 6 września, czyli na dzień po dotarciu do Perth. Jeżdżenie samochodem niezarejestrowanym nie należy do największych atrakcji, a podróżnicy boją się kupić czegoś czym w sumie nie będą mogli jeździć. I jak dojechać do Sydney w 1 dzień?
Jaki jest problem z zarejestrowaniem samochodu na nowo na tablicach Western Australia? Ano taki, że taki samochód traktowany jest jak niemal złom. Oddaje się go do tzw. pita gdzie przechodzi rutynową, sutową kontrolę przez wyselekcjonowanych urzędników, którzy podobno przyczepiają się do wszystkiego (silnik na silikonie nie przejedzie, nie ma szans). Dlatego nikt z nabywców takiego samochodu nie wie ile będzie go on tak naprawdę kosztował, bo poza ceną odstępnego muszą pokryć koszty inspekcji, naprawy wszystkiego czego zarzyczą sobie urzędnicy, nowej rejestracji w urzędzie i ubezpieczenia. Powiedzmy, że jak nie znajdą nic (co się podobno nie zdarza) to taki gość musi wyłożyć ok. $500 na rejestrację, inspekcję i ubezpieczenie. Gdy coś znajdą, koszty mogą rosnąć do nieskończoności. Także to taka gra w ruletkę, na której mogą naprawdę mocno się przejechać i większość z nich woli nie ryzykować. Nawet dla fajnego samochodu…
Na następny dzień odwiedziliśmy kilka komisów w mieście. Okazało się, że wszyscy są oczarowani samochodem gdy im pokazuję, ale gdy przychodzi do konkretów wycofują się z przepraszającą miną “…no bo to cholerne NSW rego…”. Raz gość chciał nam dać $1000, po czym gdy zaczął sobie wszystko wyliczać, zrezygnował zupełnie i powiedział, że on na takie “projekty” to już za stary jest”. Byliśmy załamani. W międzyczasie, znowu odezwał się znajomy skrzek z tylnej osi… Podobno wiele osób znajdujących się w podobnej sytuacji, zostawia samochody na parkingu na lotnisku i wraca do Europy/Ameryki. Też zaczęliśmy o tym myśleć. Mieliśmy już nawet nakreślony cały plan działania (zostawiamy kluczyki w stacyjce i list wyjaśniający naszą sytuację. Na karoserii natomiast wielki napis sprayem “THIS IS FREE CAR!!! U CAN USE IT IF U WANT JUST PASS IT OVER AFTER U DONT NEED IT ANYMORE”.
W sumie pieniędzy miało nam wystarczyć na 11 dniowy pobyt w Perth + Bali, Singapur i KL, ale jednak tak głupio oddawać za nic coś co wiesz, że jest warte naprawdę sporo. Zresztą człowiek się przywiązuje do takich rzeczy. Przejechaliśmy Świszczakiem 15000km!!!! Przespaliśmy prawie 40 nocy! Nie zawiódł nas poważnie ani razu, a komfort i użyteczność jaką oferował wraz z niskimi kosztami utrzymania robiły z niego samochód niemal idealny!!!! I my mamy go teraz zostawić na pastwę losu??????!
W międzyczasie od ponad tygodnia próbowaliśmy go sprzedać przez ogłoszenia na gumtree, ale wszyscy wymiękali słysząc o dacie upływu rejestracji. Z 6000 dolców zeszliśmy z czasem do 2500 i najwyższej oferty. Ktoś wysłał zapytanie czy damy za $1000. I w sumie to była najwyższa….
Następnego dnia (7 września, rego upłyneło 6-go), pojechaliśmy do pierwszego gościa z komisu, z zamiarem negocjowania, a jak nic się nie uda więcej wyciągnąć to oddania go za tyle ile da. Nawet 500 dolarów piechotą nie chodzi, prawda? Ania była tak zdenerwowana (w międzyczasie skrzypiało nam w kołach jak szlag), że nie chciała w ogóle ze mną jechać. W końcu przekonałem ją do tego obiecując, że nie będzie musiała iść do komisu tylko wysiazie przed i pójdzie sobie na kawę
. Na odchodnym rzuciła tylko, że mam się nie pokazywać z samochodem i że ona go nie chce więcej widzieć!
Moja pierwsza cena do gościa to $1500. Mówię, że chciałem go sprzedać za 3 tysiące, ale jesteśmy w takiej sytuacji a nie innej, nie możemy go sprzedać żadnym backpackersom, dlatego jestem w stanie zejść o połowę. Pokazałem mu dokładnie wszystkie bajery w środku, zaglądał pod maskę (okazało się, że nie zostało za wiele oleju), oglądał dokładnie z każdej strony i widać było, że mu się podoba ale się boi. Pyta się do kiedy jest rejestracja. Ja mu, że no właśnie tu jest problem bo do 6ego września. On patrzy na zegarek i pyta się czy to znaczy, że do wczoraj? Jedziemy na jazdę próbną, jak będzie wszystko ok to kupi. Co to była za jazda
Koleś szarpał tym samochodem ile mógł. Gaz, hamulec, znowu gaz, wchodzimy w zakręty z piskiem opon… ja się trzymam kurczowo, modląc się do wszystkich bogów świata byśmy się nie rozwalili z powodu np. tego, że zaraz stracimy koło. Ale opatrzność czuwała nad nami. Zgrzyt z tyłu przestał się odzywać! WOW. Za to tą swoją agresywną jazdą rozwalił coś z przodu i porządnie zaczęło szczyrkać pod maską. Mówi, że to pewnie pompa… a to kosztuje… Myśli, myśli i rzuca, że niestety ale nie może dać więcej niż $1,200… Ja myślę i udaję zmartwionego, po czym, że w takim razie jestem zmuszony przyjąć jego skromną ofertę. Tym samym podpisaliśmy umowę, uścisnęliśmy sobie dłonie, dostałem czek na 1200 (wow, pierwszy czek w życiu
) i cały uhahany pognałem do Ani po drugiej stronie ulicy podzielić się radosną nowiną! Radości było co nie miara. Kto by pomyślał!!! kupiony za 4800 sprzedany za 1200 a my cieszymy się jak dzieci, całujemy i skaczemy w drodze do banku by zamienić ten cudowny kawałek papieru na kolorowe dolary!
Dzwoni gość z komisu:
- gościu nie dałeś mi kluczy do auta! (ufff)
- achhh. no tak mam je w kieszeni
Wróciłem dałem klucze, pokazałem skrytkę na zapasowe i długa do banku.
Ale i smutno się zrobiło w międzyczasie. Tyle wspólnych chwil w Świszczaku. Tyle km wyjeżdżonych, tyle nocy przespanych… Naprawdę gdybyśmy mogli zabralibyśmy go ze sobą do Polski. Bo po mimo wszystkich przygód spełnił swoje zadanie i dowiózł nas tam gdzie dowieźć miał, bez konieczności wizyty u mechanika przez całe 15tysięcy kilometów.
Żegnaj Świszczak, niech droga ci lekką będzie!!!





…jak czytałem to opowiadanie o samochodzie to myślałem że piszecie o ukochanym zwierzaku z którym przewędrowaliście pół kontynentu /prawie jak trzeci uczestnik Waszej ekspedycji/
Piękna historia…