Aussie trip – cz. 11

Dzień 38
(Mateusz)

Po pobudce ruszyliśmy do odległej o 30km od Denham – Monkey Mia. Tam zjedliśmy śniadanie na pokładzie krążownika i obserwowaliśmy delifiny podpływające nad samą plażę. Podpływają w to samo miejsce od ok. 40 już lat, wiedząc, że czeka tam na nich rybne śniadanie podane wprost do gęby przez rozentuzjazmowanych turystów. Delfiny są fascynujące, co stwierdziliśmy już w listopadzie zeszłego roku w Tin Can Bay (Queensland) gdzie obserwowaliśmy podobne show.

W międzyczasie podpłynął nasz znajomy katamaran i ruszyliśmy na poranną eksplorację morza. Ja zostałem zwerbowany do wciągania żagli na maszt, w sumie chyba wstydu nie narobiłem za dużego ;)
Sam rejs, jak to rejs, plus wypatrywanie morskich stworzeń. Udało nam się wypatrzyć kilka Dugongów (diugoni po polsku). Niesamowite stworzenia, zagrożone wyginięciem a tu, w Shark Bay, znajduje się ich największa ostała się populacja. Później do dugongów dołączyły delfiny i zrobiło się całkiem wesoło :)

Po powrocie na suchy ląd obraliśmy kierunek na południe w stronę Parku narodowego Kalbari. Udało nam się dotrzeć na miejsce przed zachodem słońca, zostawiając za sobą ponad 30km drogi pełnej wertepów, ale czego nasz mały jeszcze nie przeżył. Poskakaliśmy trochę po imponujących formacjach skalnych w zachodzącym słońcu i już po zmroku jechaliśmy do nadmorskiego miasteczka o tej samej nazwie co park narodowy. Tam, zaskoczenie – nie ma miejsc na kempingu. Jedziemy na kolejny – zamknięty a na recepcji kartka “brak wolnych miejsc”. fuck! Pokręciliśmy się jeszcze przejeżdżając miasteczko wzdłuż i wszerz (ok 5min drogi) i udało nam się znaleźć jakiś przyczajony kemping, który okazał się mieć miejsca a przy tym być najlepszym podczas całej naszej eskpady.

delfiny w Monkey Mia

ciągnij linę! hej ho!

z wiatrem nad urwiskiem :)

Kalbari National Park

Dzień 39
(Mateusz)

Bez przesadnego wylegiwania się w łóżku wstaliśmy tego poranka gdyż zobaczyć chcieliśmy stadko pelikanów, które codziennie przylatuje do Kalbari na turystyczne dokarmianie. Coś wam to przypomina? No nic, ja od momentu gdy pierwszy raz ujrzałem pelikana w zasięgu ręki w Adelajdzie, zakochałem się w tych zwierzętach i takiej okazji nie mogłem przegapić. Piękne, dostojne ptaki! Zresztą sprawdźcie sami:

Następny przystanek – papugarnia! klatki z papugami z całego kontynentu i nie tylko + duuuże zadaszone ‘patio’, do którego wchodzisz a wszelkiej maści papugi latają wokół ciebie. Czasem siadają na głowach, czasem na ramieniu. Niesamowite :) Gadające też były, jedyne co udało nam się zrozumieć z ich skrzeków to “Hello” i “How ya doin”, ale to chyba wina okropnego australijskiego akcentu z prowincji.

W dalszej drodze na południe zbaczaliśmy co chwilę w stronę morza gdzie można było podziwiać efektowne klify ciągnącego się jeszcze przez kilkadziesiąt km Kalbari National Park.

Dzień pełen najwyższych lotów wrażeń estetycznych zakończyliśmy jeszcze wizytą w wiosce Port Gregory gdzie znaleźliśmy jezioro koloru…. różowego. Ta, podobno jakimś cudem dostaje się tam beta karoten, który je w ten sposób farbi. Widok przedziwny, a smród przestraszny.

Nocleg w Leeman należał do baaaardzo spokojnych i samotnych jako, że byliśmy jednymi z nielicznych gośći na tamtejszym kempingu.

Pelikany czekają na rybę

z papugą na ramieniu

Ara szama

Nad klifami Kalbarri

Kalbarri

Nietuzinkowe jeziorko

Gdzieś przy drodze znaleźliśmy leżące drzewa

Dzień 40
(Ania)

Gdy wstaliśmy z rana, nic nie zapowiadało tego, iż będzie to dzień pełen wrażeń (w dobrym i złym tego słowa znaczeniu!). Zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy w stronę oddalonego zaledwie 20km od Leenan, Jurian Bay. Kolejna mała, przyjemna miejscowość nadmorska, którą od innych odróżniała tylko jedna rzecz….. jedyne miejsce w Zachodniej Australii, gdzie możesz skoczyć na spadochronie… (od razu uprzedzam fakty, ja Anna Dominika Dziubdziela skoku nawet nie rozważałam!)
W zasadzie tak tylko z głupa weszliśmy do biura zobaczyć co i jak. Niecałą godzinę później siedzieliśmy już w busiku, który transportował Mateusza do samolotu, a mnie na plażę, bym stamtąd mogła podziwiać jego skok.
O przeżyciach, odczuciach itp to już za pewne Mateusz będzie musiał opowiadzieć Wam sam, ja od siebie powiem tylko, że byłam prawdopodobniej zestresowana dużo bardziej niż on!
10.000 stóp, 35 sekund spadania, ok 10-15 minut szybowania na spadochronie. Mam nadzieję, że kiedyś się odważę:)

Mateusz: hmmm… skok był niesamowity, ciężko to w ogóle opisać w słowach. Trzeba przeżyć samemu!
Start w samolociku, bez żadnych pasów bezpieczeństwa, foteli itp. siedzenie na podłodze, opieram się plecami o fotel pilota. Obok gość z którym mam skakać (skacze od 7lat, do kilkunastu skoków dziennie…). Robi się wysoko, wszystko się trzęsie, zaczyna się wkradać lekka niepewność czy aby na pewno jest to takie mądre co właśnie robię. Nie, marzenia są po to by je spełniać. Nawet płacąc fortunę za kilkanaście minut, nawet w tym rozsypującym się samolociku, klamka zapadła, jedziemy z tym koksem!
Moment otworzenia drzwi, uświadomił mi co to znaczy wymachiwać nogami z samolotu na wysokości 10tys. stóp. WOW! To się naprawdę dzieje. W międzyczasie koleś-skoczek przypiął się do mnie z tyłu. W sumie to może nawet lepiej. Tak to napewno wyskoczymy. Ja po prostu mam się nie zapierać, nogi na zewnątrz, ręce skrzyżowane na klatce i głowa do tyłu. A dalej to już wszystko zależy od niego.
Wyskok z samolotu i pierwsze kilka sekund to jeden z tych momentów, których nie zapomina się do końca życia. Wtedy to uświadamiasz sobie, że naprawdę spadasz! ZAP… w dół! Nie ma się czego złapać jak się leci, pierwsze sekundy to próba opanowania sytuacji przez twój umysł, po czym uświadamiasz sobie, że to tak ma być, że w planie jest spadanie przez 35sekund i dopiero otwarcie samolotu. Wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa i cieszenie się tym co się dzieje! Niesamowite przeżycie.
A potem tylko, huk i coś cię ciągnie z dużą siłą w górę. Tzn. wyhamowujesz z prędkości do której się przyzwyczaiłeś przez ostatnie kilkadsiesiąt sekund i zaczyna się powolne szybowanie, oglądanie widoków, sterowanie spadochronem, robienie “kółeczek”… fajnie, ale jednak sam tzw. “freefall” to coś czego porównać się nie da z niczym. Lądowanie w sumie było dużo łatwiejsze niż się spodziewałem. Wylądowaliśmy na stojąco. Koleś się ode mnie odpiął i opadłem na ziemię niczym kłoda. Bardziej z emocji, niż zmęczenia. Zresztą zobaczcie sami jak to wyglądał mniej więcej:

Z Jurian Bay ruszyliśmy na pustynię zwaną Pinnacles, która cała pokryta była wystajacymi slupami skalnymi. Robiło to naprawdę całkiem spore wrażenie, zwłaszcza, że wytyczony między nimi szlak, pozwalał na 4km rajd samochodem między nimi. Co więcej była to już w zasadzie ostatnia atrakcja na naszej drodze przed dotarciem do Perth, a co za tym idzie niemal koniec naszej podróży…

14,5tyś km, niemal 6 tygodni. Nie wierzyłam, że uda nam się to zrobić, nie wierzyłam, że samochód wytrzyma:) … ‘Nie chwal dnia przez zachodem słońca’ mówią … i mają rację. 30km od Perth coś potężnie walnęło, stukneło, zazgrzytało, załomotało i jak tylko jeszcze chcecie to nazwać. Tą jednak historię, a także dokładniejszy opis naszego samochodu i tego co się z nim stało, zawrzemy w kolejnym, osobmym wpisie, bo uwierzcie nam, jest o czym opowiadać;]

przed skokiem

ja gdzieś tam w chmurach + samolot z którego wyskoczyliśmy

szybowanie

The Pinnacles

6 odpowiedzi na „Aussie trip – cz. 11

  1. O Boże!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
    Jednak Waszym mamom nie zazdroszczę:)))

  2. To wszystko co opisujecie to bajka wszyscy wam zazdroszczą ale widze że tylko mama Dorotki rozumie co my mamy podróżników przezywamy jak czytamy te historie.Aniu lepiej nie nurkuj na tym Bali.A tato wskakiwał do wody przodem na nogi a nie tak jak na filmach tyłem.Całuski

  3. Mateusz gratuluję i tak trzymaj. Ania ucz się dziecko. Pozdrawiam !!!

  4. Moze to i lepiej, że tylko Mateusz ma taką żyłkę ryzykanta, bo już byśmy dawno z torbami poszli:> Myślę, że uczciwiej będzie jeśli na Bali uchwali sobie wspólny budżet z Olą a nie ze mną :P

  5. Mateusz, dzięki że przed skokiem nie mówiłeś mi o tym że będziesz skakał. cały film o Twoim skoku oglądał już z mniejszym stresem, bo wiedziałam juz że wszystko dobrze się skończyło. Swoją drogą to musi być niezła frajda tak wyskoczyć z samolotu i lecieć, lecieć, lecieć. Ale proszę – już bez tak ekstremalnych przygód:)

  6. teraz trzeba zrobić to: http://vimeo.com/11147001
    !!!!

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s