Dla ciekawskich – zdjęcia pojawiły się pod poprzednimi wpisami ![]()
Dzień 33
(Ania)
Poranny objazd okolicy uświadomił nam, że miejsce istotnie jest piękne, ale to raj raczej dla wędkarzy niźli zwykłych turystów;] Nie czekając więc zbyt długo zabraliśmy się w drogę w stronę Port Hedland, kolejnego ogromnego (14tyś mieszkańców!) miasta na naszej trasie:) Tam jednak nie zatrzymaliśmy się nawet, kierując się prosto na Samson Point, cypla położonego kiladziesiąt km dalej. Okazało się to świetną decyzją, a Samson Point cudownym, rajskim miejscem:) Jest to naprawdę malutkie miasteczko, składające się w zasadzie z dwóch pól kempingowych, sklepu, tawerny i kilkunastu domów prywatnych.
Atmosfera fantastyczna!
Nie tracąc zbyt wiele czasu swoje kroki skierowaliśmy prosto na Honeymoon Cove, maleńką plażyczkę, położoną wśród skał i pierwsze miejsce na naszej trasie, gdzie można było zacząć podziwiać rafę koralową. W tym oto celu zakupiliśmy więc sprzęt do snorkellingu i ruszyliśmy w morze. NIe była to rafa bardzo imponująca, ale na początek dobre i to. Trochę ryb się przewinęło, a i poćwiczyć można było przed obcowaniem z bardziej zaawansowanymi formami życia ze świata podwodnego.
Gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi zwinęliśmy manatki z Honeymoon Cove i skierowaliśmy swoje kroki na główną plażę na Samson Point, by odbyć nietypowy i niezapomniany dla nas spacer po odkrytej rafie koralowej!! Tak właśnie, odkrytej, był bowiem wówczas odpływ i wszelkie skarby kryjące się na dnie ujrzały światło dzinne (no już prawie nocne, w końcu zbliżał się zachód;]) Było to absolutnie niesamowite doświdczenie. Odkryte korale nie były być może wielkie, kolorowe i dokładnie takie jak pokazują w filmach przyrodniczych, były to jednak wciąż korale, a my smykaliśmy się gdzieś między nimi!! Dodatkowo zaobserwować można było również ośmiornice i ich obslizgłe macki w pełnej krasie (Mateusz miał nawet szczęście zostać jedną z nich ‘macniętym’ po nodze;]). Wielkie ‘oddychające’ muszle również robiły ogromne wrażenie, generalnie co tu dużo mówić, spacer po rafie, to chyba mówi samo za siebie.
Zaczynało się już ściemniać, nadeszła więc najwyższa pora by coś wszamać i znaleźć miejscówkę na spanie. I tutaj muszę powiedzieć, iż samson Point niesamowicie i pozytywnie nas zaskoczył! Spory parking przy plaży, z toaletami i prysznicami, zaraz obok darmowe bbq, wiata ze stołem i ławkami, kran do umycia naczyń, wszytsko elagancko oświetlone i….ani słowa, znaku, śladu żadnych zakazów, nakazów, ot co raj dla backpackersów! Tak jak w Darwin sporo nagimnastykować trzeba się było, by znaleźć bezpieczną miejscówkę do spania, a i tak było to nielegalne, tak jak w Broom mimo braku oficjalnego zakazu mimo wszystko parkowaliśmy gdzieś na uboczu, tak tutaj odnosiło się wrażenie, że to miejsce to dosłownie zaproszenie do zatrzymania się na nim na noc! Tak też uczyniliśmy:) Wieczorkiem poszliśmy sobie jeszcze posiedzieć troszkę na plaży i wypić po piwku (coś trzeba robić, gdy się nie jest podpietym do prądu i nie można filmu zobaczyć;]) i w ten właśnie sposób zakończyliśmy ten wspaniały i naprawdę udany dzień. Noc przebiegła bez najmniejszych nawet zakłoceń i niczym nie niepokojeni dotrwaliśmy do poranka.
Dzień 34
(Ania i Mateusz)
Bardzo wczesną pobudką rozpoczęliśmy ten kolejny dzień naszej podróży, w planach bowiem mieliśmy zobaczenie, niesamowitego ponoć wschodu słońca z punku widokowego ‘tank hill’. Mimo iż jest już kilka dni po tym wydarzeniu, wciąż wschód ten nazwać możemy PONOĆ niesamowitym, nie było nam bowiem dane dotrzeć do niego na czas (swoją drogą coś pecha mamy do tych wschodów, jeśli uważnie śledzicie nasze perytepie pamiętacie za pewne iż na wschód słońca w Uluru nie zdążyliśmy, gdyż zwyczajnie się zgubiliśmy:>) Tym razem nie brak orientacji w terenie, a problemy logistyczne stanęły nam na przeszkodzie. Coś chyba nasz samochód za dobrze się sprawował i od czasu akulumatora nie dostarczył nam żadnych emocji, tym więc razem postanowił stanąć dębą… Nie tak sam z siebie, po prostu zakopaliśmy się w piachu, który nagle niewiadomo skąd pojawił sie na drodze! (a że było przed wschodem słońca to nic nie było widać!) No i zakopaliśmy się na dobre. Kopaliśmy, pchaliśmy, kombinowaliśmy, ale samochód ani drgnął!!
I tutaj kolejny raz pochwalić muszę Mateusza, szybko bowiem ubrał się (na punkt widokowy jechaliśmy bowiem w pidżamach;]), i poczłapał do głównej drogi. Po paru minutach wrócił z jakimś kolesiem, który szybko, sprawnie i bezboleśnie wybawił nas z kłopotu:)
No nic, pora najwyższa była ruszać dalej. Tym razem za cel naszej podrózy obraliśmy sobie Dampier Archipelago, czyli archipelag 42 wysepek przy zachodnim wybrzeżu Australii. Mieliśmy nadzieję, że uda nam się wykupić jakąś wycieczkę, lub może załapać się na jakiś prom, by popodziwiać nieco te rejony, tutaj jednak spotkało nas jedno wielkie rozczarowanie!! O instytucji promu chyba nikt tam nigdy nie słyszał, wycieczki natomiast kursują tylko w weekendy (był poniedziałek!!) ‘O co chodzi w tej imprezie?!’ pomyślałam i po chwili dopiero zauwazyłam, że wszytskie samochody, które mijamy wiozą ze sobą łódki, motorówki i inne sprzęty wodne. A no fajna ta impreza, pod warunkiem, że masz swoją łódź:> Ponieważ takiej jeszcze się z Mateuszem nie dorobiliśmy, nie było rady trzeba było ruszać dalej. Trochę źli, że straciliśmy na to wszytsko niepotrzebnie prawie pół dnia, pojechaliśmy w stronę Exmounth.
Po paru godzinach dotarliśmy do Exmouth. Niesamowitego miasteczka, położonego na końcu półwyspu otoczonego rafą Ningaloo. Pewnie nikt z was o niej nie słyszał, gdyż pozostaje w cieniu swojego odpowiednika ze wschodniego wybrzeża – Wielkiej Rafy Koralowej. Mniejsza, trudniej dostępna, ale za to bez takiego nawału turystów i astronomicznych cen. Po namyśle w biurze turystcznym postanowiliśmy wykupić sobie całodniowe wodne safari na jachcie, połączone z obserwacją życia wodnego głównie poprzez snorkeling (zabierają cię w najlepsze miejsca na rafie, często niedostępne z brzegu) oraz nurkowanie (ja zdecydowałem się na próbne dla żółtodziobów w tej kwestii, Ania niestety nie mogła się przemóc). Wycieczka miała być za dwa dni, tak więc kolejny planowaliśmy spędzić na totalnym chilloucie na przyrafowych plażach, wylegiwaniu się i eksploracji podwodnych terenów.
Dzień natomiast zakończyliśmy gotując na kempingowej kuchni (oczywiście jeden zlew, 2 palniki) i klnąc paskudnie na ludzi, którzy wymyślili sobie, że będą frytki robić tam na kolację. Jakie było nasze zdziwienie gdy pożegnali się znajomym “do widzenia” przy wyjściu…




Czy ten snorkeling to jest coś podobnego do nurkowania?
…to jest chyba nurkowanie bez butli tlenowej a korzysta się tylko z rurki, tzw nurkowanie podpowierzchniowe… tak myślę
… na pewno wiecie o trzęsieniu ziemi jakie nawiedziło Południową Wyspę Nowej Zelandii. Siła wstrząsów przekroczyła 7 st. w skali Richtera a najbardziej ucierpiało miasto Christchurch z którego zaczynaliście eskapadę po wyspie jeszcze tak niedawno temu…
dokładnie jak wujpop pisze
jak to się nazywa po polsku? nurkowanie z rurką?
A o trzesięniu ziemii nie mieliśmy pojęcia do wczoraj, kiedy to mechanik nas zagaił o tym w Perth jak czekaliśmy na samochód. Szok.
chyba po prostu nurkowanie, w odróżnieniu od nurkowania głębinowego